"Jak stracić duże pieniądze. Opowieści łódzkiego adwokata" Jerzy Szczepaniak

W maju ukazała  na rynku książka autorstwa Adwokata Jerzego Szczepaniaka, pod tytułem „Jak stracić duże pieniądze. Opowieści łódzkiego adwokata”.

Ducha książki najbardziej trafnie oddaje recenzja jednego z adwokatów z Izby Łódzkiej:

"Książka to zbiór różnych opowieści… licealisty, studenta, aplikanta sądowego, sędziego, aplikanta adwokackiego, wręczcie adwokata… Jerzego Szczepaniaka. Osoby znanej, inteligentnej, o wielkiej swadzie i poczuciu humoru. Inteligencja, swada i poczucie humoru płyną od początku do końca opowieści z jej kolejnych stron. Znając Jerzego osobiście i czytając Jego książkę w ciszy, wieczorową porą, miałem wrażenie, że nie czytam, a słucham Go, siedzącego obok, uśmiechniętego, sypiącymi jak z rękawa kolejnymi anegdotami z życia wziętymi. Zresztą, wieczorowa cisza co chwila przerywana była salwą śmiechu… bo opowieści Jerzego uczą i bawią.                                                                                           Czytelnik prowadzony jest przez kolejne etapy życia łódzkiego adwokata, od liceum po czasy współczesne. W tle: czasy PRL – u, stan wojenny – okres ponury, ale jednocześnie czas młodości,  zabawy, nauki, dojrzewania, zbierania doświadczeń. W dalszej kolejności czas transformacji i kształtowania się nowej rzeczywistości – politycznej, prawnej, gospodarczej, społecznej.  W tak zarysowanym tle, pierwszoplanowe role w opowieściach Jurka odgrywają ludzie, których spotkał na swej drodze… Było ich wielu i jak to w życiu, były to postacie różne. Wielkie, zacne i mądre, ale także niecne bądź głupie. Był też Bernard, który stracił duże pieniądze...                                                                        Książka Jurka to prezent dla łódzkich prawników. Tych „dużych” (wykonywujących swoje zawody od dawna) jak i „małych” (studentów, aplikantów, młodych przedstawicieli zawodów prawniczych). Pierwsi znajdą w niej siebie, własne wspomnienia i doświadczenia. Drudzy oprócz przyjemnej lektury – wskazówki, że można przyzwoicie, godnie i na wesoło...żyć – w tych trudnych, jak i często pozornie łatwiejszych czasach."

Książka dostępna jest w łódzkich księgarniach, m.in. w Światowidzie (ul. Piotrkowska 86), w księgarni internetowej Gandalf (www.gandalf.com.pl) oraz w Kancelarii Adwokackiej przy ul. Zamenhofa 20 lok.2.

Postanowił iść po trunek 

Po dwuletniej aplikacji, i zdaniu trudnego egzaminu sędziowskiego, otrzymałem nominację asesorską, która w praktyce oznaczała możliwość pracy na stanowisku sędziego. Trafiłem do sądu w Łęczycy. Pracownicy "naszego" sądu i sędziowie, z reguły ludzie młodzi, nie stronili od życia towarzyskiego, którego przejawy były dość typowe, a ich początkiem bywały oficjalne uroczystości. Bodajże w 1975 roku oddano do użytku nowy budynek sądu w Łęczycy. Z tej okazji przyjechał minister sprawiedliwości i odbyło się stosowne przyjęcie. Wiedzieliśmy, że nie potrwa ono długo, i zorganizowaliśmy dalszy ciąg w dwóch pokojach gościnnych, które znajdowały się w nowym budynku.

Już po północy okazało się, że zabrakło alkoholu. Oczywiście nie było żadnej możliwości, aby gdziekolwiek go kupić. Jeden z uczestników spotkania, sędzia w wydziale karnym, przypomniał sobie, że sądził ostatnio sprawę o nielegalną sprzedaż alkoholu przez pewną kobietę, która prowadziła melinę. Pamiętał jej adres, było to niedaleko, i postanowił iść tam po trunek, w przekonaniu, że nie zostanie rozpoznany. Po około półgodzinie wrócił z dwiema butelkami, ale z nieco niepewną miną.

Opowiedział, że zapukał do drzwi i otworzyła mu kobieta, którą pamiętał z rozprawy. Poprosił o dwie butelki wódki. Po chwili kobieta wróciła z alkoholem i zapytana o należność, podała kwotę, dodając: - Dla pana sędziego dziesięć procent taniej.

Najpierw zupa 

Oprócz poczucia sprawiedliwości sędziowie mieli również poczucie humoru. W wydziale rewizyjnym orzekała świetna prawniczka, sędzia Irena Kramczyńska. Adwokaci bardzo się jej bali, bo wytykała popełnione przez pełnomocników błędy i podejmowała na sali dyskusje na tematy prawne. Ja ją lubiłem, gdyż zawsze odpowiadał mi żywy sposób prowadzenia rozpraw. 

Pozwoliłem sobie kiedyś na żart w sprawie o odszkodowanie za pogryzienie przez psa. Poszkodowany wszedł przez otwartą furtkę na teren domu jednorodzinnego i jako intruz został zaatakowany przez owczarka niemieckiego. Argumentowałem, że problem sprowadza się do rozstrzygnięcia, kto postępował prawidłowo, czy osoba, która wchodzi na cudzą nieruchomość bez uprzedzenia właściciela, czy też pies, którego instynktem jest obrona swojego terytorium. Przytoczyłem podobną sytuację z domu rodzinnego. Ja także miałem psa, owczarka niemieckiego, któremu moja mama chciała wlać do miski zupę wraz ze sporą kością. Pies złapał zębami kość. Mama jednak uważała, że najpierw powinien zjeść zupę i dlatego chwyciła kość, by dać ją psu później. Wówczas została ugryziona w rękę. W tym miejscu sędzia mi przerwała: - Panie mecenasie, mama miała rację, najpierw zupa, potem drugie danie.

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Westa - Druk. 

 

Undefined